Kroniki Nomady

Fantastyka to nie tylko naiwe bajeczki. To też poważne, zakrawające na filozofię rozmyślania. I to chcę wam pokazać: bo fantastyka to gimnastyka dla naszej wyobraźni i naszego rozumu.

ŚBK: Nie tylko nowościami bloger żyje, czyli o ŚBKowych białych krukach

W poprzednim miesiącu nie miałam możliwości wziąć udziału w comiesięcznej akcji Śląskich Blogerów Książkowych, ale tym razem się udało :)


Jak tytuł posta wskazuje, dziś będzie o najstarszych książkach w naszych biblioteczkach. Żałuję, że nie mieszkam już z rodzicami: w ich liczącym około siedemset pozycji zbiorze na pewno znalazłoby się coś naprawdę starego.

 

<!--more-->

 

Moja biblioteczka sama w sobie jest dość młoda, praktycznie dopiero od dwóch lat zbieram książki, i choć nie są to same nowości wydawnicze,to jednak ciężko u mnie o coś wydanego przed rokiem 1980. Wśród moich prywatnych książek najstarsze są "Baśnie" Andersena z 1971 roku. Książka sfatygowana, rozpadająca się już dość mocno, ale i tak ją lubię: jak mi córa trochę podrośnie zamierzam czytać jej baśnie właśnie z tego egzemplarza. Niech dziewczę ćwiczy wyobraźnię zamiast oglądać często koszmarne ilustracje w współczesnych książkach dla dzieci.

 

 

 

 

A teraz pora na pewną pamiątkę, która w rodzinie mojego demona jest już ponad sto lat.
Jest to tak zwany skarbczyk, wydany w 1890 roku. Z tego, co mi wiadomo, był to prezent na pierwszą komunię prababci Adama, ta przekazała skarbczyk babci, a teraz jest on w naszym posiadaniu. Przyznam szczerze, że nie do dzisiaj nie wiedziałam o tym cudeńku, leżało schowane na dnie szuflady z "drobiazgami" i dopiero gdy robiłam zdjęcia Andersenowi Adam wykopał ten skarb.

 

Oto kilka zdjęć:

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 


Tradycyjnie zapraszam do polubienia naszego profilu na facebooku :)

30-day Book Chalenge, dzień 5

Książka która sprawia, że jesteś szczęśliwy.


Dzisiaj nie będzie żadnej konkretnej okładki, żadnej serii specjalnie wyróżnionej (choć o kilku wspomnę).

 

Dlaczego? Powód jest prosty: każda nowa książka w mojej biblioteczce jest dla mnie wielkim szczęściem i tak już chyba będzie zawsze.

 

Oczywiście, większą radochę czuję, gdy trafia do mniej kolejna pozycja z Uczty Wyobraźni, lub gdy uda mi się uzbierać na któryś tom Kroków w Nieznane, nowe pratchetty też cieszą, nadchodzącego Kosik pewnie powitam z uśmiechem od ucha do ucha, a Kroniki Diuny były zawsze pół godziny głaskane po wyciągnięciu z koperty... Jednak nie zmienia to podstawowego faktu: uwielbiam dostawać, kupować i wygrywać książki :)

 

Zatem, jeśli chcecie mnie uszczęśliwić, to wiecie, jest na mym drugim blogu taka zakładka Lista Marzeń i tam są proste sposoby na oferowanie rudzielcowi odrobiny szczęścia ^^


A! Jeszcze jedno! Uszczęśliwia mnie sam fakt posiadania odpowiedniego, książkowego mebelka, o którym pisałam TUTAJ :))

17 problemów, które zrozumieć mogą tylko miłośnicy książek :)

Reblogowane od światy zapomniane, słowa zakazane:

1. When someone asks you what your favorite book is and expects you to pick just one.

 
17 Problems Only Book Lovers Will Understand

2. When someone interrupts your reading.

 
17 Problems Only Book Lovers Will Understand

Because, really, a book is basically a Do Not Disturb sign.

 
17 Problems Only Book Lovers Will Understand

3. When the movie version of a book gets everything wrong.

 
17 Problems Only Book Lovers Will Understand

4. And completely ruins your mental images of characters.

 
17 Problems Only Book Lovers Will Understand

5. When someone you like tells you they don’t like to read.

 
17 Problems Only Book Lovers Will Understand

6. When you forget to eat or sleep because a book is so good.

 
17 Problems Only Book Lovers Will Understand

7. When your favorite character dies.

 
17 Problems Only Book Lovers Will Understand

And you pretend they’re still alive but it’s just not the same.

 
17 Problems Only Book Lovers Will Understand

8. When a book you love gets a harsh review.

 
17 Problems Only Book Lovers Will Understand

9. When an author stops writing mid-series.

 
17 Problems Only Book Lovers Will Understand

10. When someone spoils the ending of a book.

 
17 Problems Only Book Lovers Will Understand

Or worse, the ending of an entire series.

 
17 Problems Only Book Lovers Will Understand

11. When you walk into a bookstore.

 
17 Problems Only Book Lovers Will Understand

12. When you lend someone a book and get it back in terrible condition.

 
17 Problems Only Book Lovers Will Understand

13. Or never get it back at all.

 
17 Problems Only Book Lovers Will Understand

14. When you finish a book and have to wait a year for the sequel.

 
17 Problems Only Book Lovers Will Understand

15. When a book makes you cry hysterically in public and everyone thinks you’re crazy.

 
17 Problems Only Book Lovers Will Understand

16. When no one gets your obscure literary reference.

 
17 Problems Only Book Lovers Will Understand

17. When someone says you read too much.

 
17 Problems Only Book Lovers Will Understand

Because you know there’s no such thing as too many books.

 
17 Problems Only Book Lovers Will Understand

30-day Book Chalenge, dzień 4

Ulubiona książka z ulubionej serii.

 

W poprzednim wpisie wymieniłam aż trzy serie, zetem i tym razem przedstawię więcej niż jeden tytuł.

 

1. Kroniki Diuny:

 

Tutaj wybór ulubieńca był łatwy i chyba nikogo nie dziwi:

 

Pierwszy tom wprowadza nas w całe uniwersum, ma świetnie zachowane proporcje między polityka, przygodą i elementami s-f. Jest to książka na tyle zgrabnie napisana, że z powodzeniem mogłaby być samodzielnym dziełem (czego o kolejnych częściach nie można powiedzieć).

 

2. Saga o Ludziach Lodu.

 

Tu musiałam się już trochę bardziej zastanowić, gdyż jak wiadomo, tomów SoLL ma ponad czterdzieści, niektóre są lepsze, inne zdają się pisane na szybko, bez polotu. Z wszystkich odsłon SoLL najprzyjemniej wspominam:

 

Kwiat wisielców był moim pierwszym spotkaniem z SoLL. Kompletnie przypadkowym: w szkolnej bibliotece przyciągnął mój wzrok i początkowo nawet nie wiedziałam, że jest to część czegoś większego (ot, efekt szczątkowego zwracania uwagi na okładkę). Po lekturze Kwiatu musiało minąć kilka lat nim poznałam całą serię, a Ingrid i Ulvhedina wspominam bardzo ciepło.

 

3. Ania z Zielonego Wzgórza.

 

i znów prosty wybór: tym razem chcę przypomnieć wam:

 

 
"Rillo-ma-Rillo"... Jedna z najbardziej wzruszających odsłon przygód Ani, a właściwie jej córki Rilli. Początkowo nieznośnie rozpieszczona i zapatrzona w siebie dojrzewa i stawia czoła okropnościom I Wojny Światowej.


Mam nadzieję, że następny wpis będzie wpisem recenzyjnym, ale wyjątkowo tym razem nie zależy to od moich dobrych chęci a od osoby odpowiedzialnej za korektę w pewnym portalu :) Z drugiej strony, znów napisałam nieprzyzwoicie długi tekst, ale wierzcie mi, o nowym Shepardzie inaczej się nie dało ^^

znalezione w otchłaniach bloga vol.3, czyli "Piter" Szymuna Wroczka

Metro 2033: Piter - Szymun Wroczek
Tytuł: Piter
Autor: Szymun Wroczek
Wydawnictwo: Insignis
Rok wydania: 2011
Ilość stron: 600
Moja ocena: 5/6

 

 

Kilka lat temu świat usłyszał o Metrze 2033 i niemal natychmiast dzieło Glukhowsky’ego zapisane zostało do kanonu literatury postapokaliptycznej. Wielu z was czytało Metro albo przynajmniej o nim słyszało. Na fali popularności przygód młodego Artema powstał projekt „Uniwersum Metro 2033”, w którym Dymitr Glukhowky przekazał schedę innym pisarzom osadzającym akcję swoich dzieł w podobnych do Metra realiach. Pierwszą książką wydaną w ramach „Uniwersum” jest Piter napisany przez Szymuna Wroczka.

 

W książce Wroczka występuje dwóch głównych bohaterów: pierwszym jest tytułowy Piter, czyli zniszczone wojną atomową ruiny Sankt Petersburga oraz tunele i stacje petersburskiego metra. To właśnie w metrze dzieje się lwia część książki, a świat na powierzchni jest raczej dodatkową lokacją, ukazującą czytelnikowi ogrom zniszczenia. Jednak nie tylko fakt umiejscowienia akcji w podziemiach czyni z Pitera ważnego bohatera. Tunele rządzą się swoimi prawami, niejednokrotnie odbiorcy może wydawać się, że są one czymś więcej niż tylko przymusową siedzibą ocalałej garstki ludzkości. Przez niedługi okres, jaki upłynął od atomowego ataku na Petersburg zdążyły one obrosnąć legendą, a ludzie w nich żyjących stworzyli nowe bóstwo – Pana Tuneli, do którego wznoszą modły poprzez zawieszanie kolorowych tasiemek na pobudzającej wyobraźnię plątaninie rur. Nawet budowniczowie metra urośli do rangi herosów, podobnie jak pierwsi diggerzy, czyli przedstawiciele elitarnej frakcji, niezbędnej dla funkcjonowania populacji podziemnego miasta. Dowódcą jednego z oddziałów diggerów jest nasz główny „ludzki” bohater, urodzony jeszcze przed wojną, Iwan Mierkułow.

 

Iwana poznajemy podczas samotnego rekonesansu po opuszczonej Primorskiej – najbardziej peryferyjnej stacji petersburskiego metra. Po powrocie do Wasilieostrowskiej (jego stacji macierzystej, nazywanej przez mieszkańców Waśką) i krótkiej drzemce Wan powinien przygotowywać się do swojego ślubu, jednak pewne wydarzenie niszczy pozorny spokój jego podziemnego domu: ktoś kradnie generator będący sercem stacji. Bez agregatu prądotwórczego mieszkańcy Waśki skazani będą na powolną śmierć: prąd oznacza światło, światło jest niezbędne do uprawy roślin, a z kolei rośliny są nieodłącznym i niezmiernie ważnym elementem ludzkiej diety. Wszystko wskazuje na to, że dieslowski generator został ukradziony przez Chodników – mieszkańców jednej z niezbyt odległych stacji. Iwan wraz ze swoimi towarzyszami diggerami wyrusza na poszukiwanie zguby. Misja ta stanie się początkiem wielkiej przygody, pełnej intryg, poszukiwania własnych korzeni, a także chwil, w których Iwan będzie musiał poważnie zastanowić się nad tym, kto tak naprawdę jest warty zaufania oraz nad tym, na ile znany mu świat jest takim, jakim się wydaje. Podczas akcji ratowniczej Wania spotka wielu interesujących i różnorodnych ludzi, zmierzy się z mniej lub bardziej humanoidalnymi wrogami oraz dowie się, jak wiele znaczeń ma pojęcie „człowieczeństwo”.

 

Ktoś mógłby pomyśleć, że 600 stron to nieco za dużo na opisanie perypetii młodego łowcy przygód, zwłaszcza gdy wydarzenia te mają przeważnie miejsce w zamkniętych i klaustrofobicznych tunelach metra (i to metra niepomiernie mniejszego niż moskiewskie…). Jeśli tak myślicie, to wiedzcie, że jesteście w błędzie! W książce Wroczka ani czytelnik, ani bohaterowie nie mają chwili wytchnienia. W każdym rozdziale dzieje się wiele, niejednokrotnie mamy do czynienia z całkowicie zaskakującymi zwrotami akcji, zmuszającymi nas do uważnego śledzenia tekstu. Wroczek umiejętnie wplata w akcję opisy codziennego życia mieszkańców poszczególnych stacji, tłumaczy dlaczego poszczególne osady charakteryzują się konkretnymi specjalizacjami, a także bardzo zgrabnie kreśli kolejnych towarzyszy Iwana.

 

Każdy z bohaterów drugoplanowych przedstawia odmienny typ osobowości i choć autor Pitera nie wystrzegł się pewnej schematyczności (jak chociażby: charyzmatyczny generał wyznający zasadę „cel uświęca środki”, uczony znający tajemnice i legendy metra czy też ambitny, ale nieco gapowaty młody digger), to ta swoista naiwność nie jest czymś specjalnie rażącym. Można nawet ze spokojem stwierdzić, że prosta i przejrzysta budowa postaci jest celowa i tylko pozornie spłyca całą książkę, gdyż zabieg ten ma na celu przede wszystkim ukazanie podstawowych wartości, jakie powinny łączyć ludzi skazanych na walkę z wrogim, postapokaliptycznym światem. Doskonałą przeciwwagą dla nieskomplikowanych postaci są dość częste opisy Iwanowych snów i wspomnień. Dodaje to całej historii elementu nierealności i sprawia, że są momenty, w których wątpimy w prawdziwość przedstawianych nam wydarzeń. Tak samo jak akcja czasami bywa prosta i szybka, a chwilami skłaniająca do refleksji, tak postać głównego bohatera ma w sobie coś dwoistego. Z jednej strony jest on zwykłym zabijaką, z gatunku tych, co najpierw wymierzają ciosy a dopiero późnej przejmują się konsekwencjami swoich poczynań, a z drugiej strony jest obdarzony niesamowitą intuicją, poszukuje swojego miejsca w radioaktywnym i wrogim ludziom świecie i marzy o prawdziwym, spokojnym domu. Iwan jest typowym przedstawicielem twardego i elastycznego człowieka, dla którego przeciwności losu są przede wszystkim motywacją do dalszego działania.

 

W dziele Szymuna Wroczka raziła mnie tylko jedna sprawa: fabuła jest całkowicie zdominowana przez mężczyzn. Kobiety pojawiają się gdzieś w tle: rodzą i wychowują dzieci, zajmują się hodowlą zwierząt i uprawą roślin, czasem zawrócą w głowie Iwanowi lub któremuś z jego kompanów. Nawet Tani, wybrance głównego bohatera, poświęcone zostało niewiele uwagi – autor tylko raz przedstawia nam jej spojrzenie na sytuację stacji, metra i miasta oraz na to, gdzie w tym wszystkim jest miejsce na kobiety i uczucia. W trakcie lektury często spotkamy się z opisami kwestii technologicznych, które dla szarego czytelnika stawiającego pierwsze kroki w tym podgatunku mogą się wydać zbędne lub zbyt rozbudowane, ale motywy te są przecież charakterystyczne dla Post-Apo. W końcu po to czytamy książki o ludziach, którzy przeżyli zagładę znanego nam świata, by dowiedzieć się, w jaki sposób udało się im przetrwać i zastanowić się nad tym, czy i jak sami poradzilibyśmy sobie w tak ekstremalnej sytuacji.

 

Na kilka słów zasługuje samo wydanie Pitera. Okładka, utrzymana w mrocznej konwencji doskonale pasuje do treści. Niestety po macoszemu potraktowano mapkę metra: po pierwsze znajduje się ona na okładce, przez co jest ona dość malutka, a po drugie nie postarano się o to, by do istniejącej mapki dołączyć jakąkolwiek legendę. I choć sam plan petersburskiego metra jest nieskomplikowany, to w żaden sposób nie byłam w stanie domyślić się znaczenia poszczególnych ideogramów. Pomijając tą drobną niedogodność, książka prezentuje się świetnie na półce, a czytanie jej jest czystą przyjemnością.

 

Piter jest godnym przedstawicielem literatury postapokaliptycznej. Co więcej – ze spokojem można go przeczytać nie znając całego „Uniwersum…”, gdyż z tego co mi wiadomo, na poziomie fabuły nie sposób dopatrzeć się powiązań z dziełem Głukhowsky’ego poza tym najbardziej oczywistym. Być może czytelnik nastawiony na bardziej uduchowione dzieła nie będzie potrafił wczuć się w klimat powieści, za to każdy, kto lubuje się w wartkiej akcji i mrocznych klimatach, znajdzie w tej książce coś dla siebie. Dla mnie wędrówka po petersburskim metrze była niezapomnianą przygodą utwierdzającą mnie w przekonaniu, że Rosjanie tworzą kawał dobrej fantastyki.
Źródło materiału: http://adanbareth.blogspot.com/2011/12/piter-szymun-wroczek.html

30-day Book Chalenge, dzień 3

30-day Book Chalenge, dzień 3. Twoja ulubiona seria.
 
Przyjęłam, że chodzi o serię jednego autora (serii wydawniczych, które powodują mocniejsze bicie serca mam kilka).
Znów będzie więcej niż jeden typ. Wiąże się to z tym, jak bardzo mój gust czytelniczy się zmienia, a także z czymś bardziej prozaicznym i życiowym. Z czym? O tym wspomnę już za chwilkę.
 
Kolejność odwrotnie chronologiczna, czyli:
 
1. KRONIKI DIUNY
Jak wspomniałam ostatnio: "Diunę" uwielbiam, pierwszy tom pochłaniam błyskawicznie, pozostałe pięć nieodmiennie wprawiają mnie w zachwyt. 
 
2. SAGA O LUDZIACH LODU
Tak, tak, zaliczyłam ten pierwszy w mej historii romans paranormalny. I świetnie się bawiłam :) Swoją przygodę z SoLL zaczęłam dawno temu, przebrnęłam (z przyjemnością) przez całość dzięki żonie mojego ówczesnego szefa. Kobiecina pożyczała mi po 5 kolejnych tomów wszystkich trzech Sandemowych serii. Czytałam po pracy, gdzieś o szóstej rano i siłą zmuszałam się do sny. SoLL zmieniło wiele w moim życiu. Dzięki tej serii poznałam ISADORĘ, poczyniłam pewne kroki, które zaowocowały zamieszkaniem na Śląsku. No i co najważniejsze: SoLL pośrednio sprawiło, że zaczęłam recenzować (choć na blogu żadnej recenzji nie uświadczycie) :)
 
3. ANIA Z ZIELONEGO WZGÓRZA.
I znów seria poznana dzięki kompletnie obcej osobie.Pierwszy tom, klasyczną ANIĘ przeczytałam oczywiście w ramach lektur szkolnych. Kolejne pożyczała mi zastępca dyrektora w moim gimnazjum. Tak po prostu: bo widziała rudzielca, co chce czytać :)
 
Jak widać, serie są totalnie od siebie różne, ale łączy je jedno: pochłonęły rudą Sil. potrafiły wzruszyć i zapadły głęboko w pamięć. Pozycja nr.3 była ucieczką od gimnazjalnego chaosu. Pozycja nr.2 pozwoliła na normalne przeżycie studenckich czasów. Pozycja nr.1 sprawiła, że zaakceptowałam, a później ukochałam science fiction.
 W tym rankingu powinien znaleźć się jeszcze Świat Dysku Pratchetta, ale choć serię uwielbiam, tak nie jest ona związana ze mną jak pierwsze trzy typy :)

30-day Book Challenge, dzień 2.

Książka, którą czytałam więcej niż 3 razy.

 

Tutaj wybór był prosty, i nie musiałam się nawet chwili zastanawiać. Pozycją, do której wracam z niekłamaną przyjemnością jest:

"Diuna". Frank Herbert.

Książka, dzięki której na poważnie rozpoczęłam przygodę z science fiction. Pozycja wyjątkowa, wielowątkowa, nietuzinkowa... Przy każdym ponownym czytaniu odkrywam w niej coś nowego, lekturze towarzyszą silne emocje (co powinno dziwić: w końcu fabułę znam prawie na pamięć) i zawsze po skończeniu "Diuny" nawiedzam Arrakis w snach :)

30-day Book Challenge

Ostatnio kilka osób zamieszcza codziennie wpisy związane z 30-day Book Challenge, i choć zazwyczaj w takie rzeczy się nie bawię tym razem postanowiłam zrobić wyjątek od reguły. Czy uda mi się opisać wszystkie pozycje? Nie mam pojęcia, ale warto spróbować :)

 

Zaczynamy!

Dzień 1: najlepsza książka przeczytana w zeszłym roku.

Pierwszy wpis, a ja już muszę złamać zasady ^^

 

Szczęśliwie, w zeszłym roku udało mi się przeczytać wiele naprawdę genialnych książek i wybór tej jednej jedynej jest nie lada wyzwaniem. Dlatego ułatwiam sobie życie i przedstawię aż trzy pozycje.

Kolejność jak najbardziej przypadkowa:

Opowieści praskie, Tomasz Bochiński.

Jeden z najlepszych przykładów rodzimego realizmu magicznego. Zbiór opowiadań, które łączy warszawska Praga. RECENZJA

Kameleon, Rafał Kosik.

W zeszłym roku pochłonęłam trzy powieści Kosika i wszystkie mnie oczarowały. Z tych trzech "Kameleon" najbardziej utkwił mi w pamięci. Dlaczego? O tym przeczytacie TUTAJ

"Nieśmiertelność zabije nas wszystkich" Drew Magary.

Zdecydowanie najlepsza książka, jaką Prószyński wydał w zawieszonej już serii "Fantastyka". I, tak trochę nieskromnie: jedna z moich ulubionych zeszłorocznych RECENZJI :)

 

To by było wszystko, do zobaczenia jutro :D

 

Staff-em go! Leopoldem!

Jakaż nam przyszłość?... Jakaż nasza droga?...
Zachód krwią spłynął... mrok smutkiem się ścieli...
Ktoś się z rozpaczy zaparł swego Boga
I potępieni są wszyscy anieli...

Szatani serca swe rozpaczą jedzą,
Piekło swe krwawym oplwali urągiem...
Bóg się przeraził swoją własną wiedzą,
Czołem uderzył przed strachu posągiem...

I wszechmoc swoją podeptał szalenie,
Wieczność swą cisnął w czarny mrok nicości...
Chrystus w swe własne zwątpił odkupienie
I nie mógł w sercu swym znaleźć miłości...

Poszedł u ludzi żebrać sił otuchy -
Ucznie rzucali sieci na jeziorze,
Lecz go nie chciały poznać dawne druhy,
Szyderstwo jego cisnąwszy pokorze...

Matka Bolesna, w obłędzie zgubiona,
Dla Syna miała twarz kamienną, głuchą,
A Magdalena, rozpuście wrócona,
Poszła frymarczyć pokutą i skruchą...

W gospodzie dzwonią srebrniki na ławie
I pełna wina rozpienia się czasza,
A Jan skroń w niecnej zastygłą niesławie
Miłośnie oparł na piersi Judasza...

I ujrzał Chrystus zaparcie i zdradę,
W niewiarę rzucił swe daremne trudy,
Gorzkimi łzami zwilżył lica blade
I beznadziejny - poszedł... zbawiać ludy...

znalezione w otchłaniach bloga vol.2, czyli "Człowiek z wysokiego zamku"

Człowiek z Wysokiego Zamku - Lech Jęczmyk, Philip K. Dick
Tytuł: Człowiek z Wysokiego Zamku
Autor: Philip K. Dick
Wydawnictwo: Rebis
Data wydania: 03. 08. 2011r
Ilość stron: 336
Moja ocena: 6/6

 

Od jakiegoś czasu, dzięki wznowieniu przez wydawnictwo Rebis powieści Dicka, autor ten na powrót stał się modny. Dicka się kupuje, Dicka się czyta i Dicka się recenzuje. Okładki nowych wydań, z grafikami Wojtka Siudmaka, kuszą i rozbudzają wyobraźnię, obiecując niezapomniane przeżycia podczas lektury (u mnie okładka nieco starsza, ale taką akurat dorwałam w bibliotece). Świetny chwyt marketingowy, dzięki któremu niejeden nowicjusz skusi się i zakupi tak rozreklamowaną i wychwalaną pozycję. Na mnie jednak "chwyt" nie podziałał, bo i podziałać nie musiał.

 

Swoją przygodę z autorem Człowieka z Wysokiego Zamku zaczęłam przypadkowo kilka lat temu, od filmu Screamers. Film jako taki mnie nie zachwycił, ale gdy zaproponowano mi przeczytanie opowiadania, na podstawie którego został nakręcony, sięgnęłam po nie niemal bez wahania . I tak się zaczęło. Dość długo trwało, nim przebrnęłam przez pierwszy tomik opowiadań — SF było dla mnie wtedy nowo odkrytym kontynentem, po którym poruszałam się ostrożnie i z dużą dozą niepewności. Niejednokrotnie wściekałam się sama na siebie, gdy najzwyczajniej w świecie nie rozumiałam, o czym pisze autor, ale brnęłam dalej. Po jakimś czasie przeczytałam Blade Runnera, następnie kilka opowiadań, i o Dicku zapomniałam. Aż nadszedł ten czas, kiedy to Dick wrócił do łask, a we mnie rósł głód jego twórczości. Takim oto sposobem podczas wizyty w bibliotece zaopatrzyłam się w Człowieka z Wysokiego Zamku. Bałam się tej książki. Po przeczytaniu kilku recenzji i artykułów wiedziałam, że to pozycja inna niż wszystko to, co do tej pory czytałam.

 

Człowiek… to znakomity przykład historii alternatywnej, w której jeden fakt zmienia obraz całego świata. U Dicka wygląda to następująco: Niemcy, Włochy i Japonia wygrywają drugą wojnę światową, a Stany Zjednoczone z okupanta przeistaczają się w kraj okupowany. Jednak to nie polityka ani jej konsekwencje stanowią trzon opowieści. Jak to u Philipa zwykle bywa, ważni są zwykli ludzie oraz to, w jaki sposób radzą sobie oni z otaczającą ich rzeczywistością. Przy ocenie świata, w jakim przyszło im żyć posiłkują się dwiema niezwykłymi książkami. Pierwsza to I-Cing, zwana również Księgą Przemian (księga prawdziwa i istniejąca również w naszym świecie). Jej głównym zadaniem jest wróżenie i pomoc przy podejmowaniu mniej lub bardziej ważnych decyzji. Dzieło to ma też duży wpływ na drugą, równie ważną w tej historii książkę — Utyje Szarańcza. Pozycja ta, to z kolei alternatywna historia wojny i jej zakończenia — nie tylko dla nas, ale i dla bohaterów Człowieka z Wysokiego Zamku. Dodam jeszcze, że u Dicka pojawia się jeszcze "nasza" rzeczywistość, co daje nam trzy wersje świata drugiej połowy XX wieku.

 

Lektura tej książki nie okazała się tak trudną, jak się obawiałam. Owszem, musiałam uważać, by nie pogubić wątków, jednak samo zapętlenie trzech różnych rzeczywistości nie tylko nie sprawiło mi większej trudności, ale również zapewniło temat do rozmyślań nad tym, jak prawdziwe jest wszystko to, co nas otacza. Zapewne niejedno z was choć raz zadało sobie pytanie „co by było, gdyby…”. Dick daje nam odpowiedź, ale uświadamia nam, że to tylko jeden z wariantów. Historia ma to do siebie, że składa się z wielu, często nieistotnych, szczegółów. Szczegóły te jednak w skali światowej mają wielkie znacznie, i modyfikacja nawet jednej zmiennej może sprawić, że rzeczywistość obróci się o dziewięćdziesiąt stopni.

 

Philip K. Dick po raz kolejny oczarował mnie swoją książką i skłonił do chwili refleksji nad ludzkim przeznaczeniem, nad zdolnościami adaptacyjnymi człowieka, który znajduje się w sytuacji nietypowej, nad podążaniem za marzeniami, i w końcu nad tym, jaki wielkie znaczenie w kształtowaniu nas i naszej rzeczywistości mają błahe z pozoru zdarzenia. Autor Człowieka z Wysokiego Zamku zadaje nam również pytanie odnośnie tego, jak prawdziwy jest nasz świat. Może to po prostu wizja tajemniczej księgi, a prawda leży gdzieś po drugiej stronie lustra?

 

Choć Człowiek z Wysokiego Zamku czystej SF ma w sobie niewiele, to jednak jest książką świetną i godną polecenia. Jeśli lubicie historię, nie czytaliście Dicka, termin Science Fiction nieco was przeraża, a mimo to chcielibyście zacząć przygodę z tym autorem, to polecam wam tą właśnie pozycję. A jeśli Dicka znacie, a jakimś cudem Człowieka... nie czytaliście, to czym prędzej nadróbcie zaległości.

 

recenzja opublikowana półtora roku temu. Aż dziwnie czytać, dziś napisałabym to trochę inaczej, ale i tak jestem zadowolona :)

Hyperion, Dan Simmons

Hyperion (Hyperion, #1) - Dan Simmons, Arkadiusz Nakoniecznik
Tytuł: Hyperion
Autor: Dan Simmons
Wydawnictwo: MAG
Rok wydania: 2007
Cykl: Hyperion (tom 1)
Ilość stron: 617
Moja ocena: 6/6
 
Zapraszam was do podróży przez czas i przestrzeń. Podróży pełnej miłości, smutku, krwi i emocji tak silnych, że są w stanie zmienić obraz wszechświata. Zapraszam was do lektury Hyperiona…

 

Dan Simmons jeszcze do niedawna był dla mnie wielką niewiadomą. Nie czytałam niczego, co wyszłoby spod jego pióra. I szczerze mówiąc, gdyby nie blogsfera to nie miałabym pojęcia, że istnieje taka książka jak Hyperion. Jakże wiele bym wtedy straciła! Zacznijmy jednak od początku.

 

Hyperion to nazwa planety, na której swoją siedzibę ma Chyżwar — bóstwo, awatar, przez wiele lat uwięziony w tajemniczych Grobowcach Czasu. Teraz, gdy te zaczęły się otwierać, nagła i krwawa śmierć powróciła na całą planetę.

 

Siedmioro pielgrzymów: Kapłan, Żołnierz, Uczony, Poeta, Kapitan, Detektyw i Konsul wyrusza z niebezpieczną misją na Hyperiona. Każdy z nich będzie mógł wyrazić Chyżwarowi jedną prośbę, lecz aby nie było zbyt różowo, tylko jedno życzenie zostanie wysłuchane — pozostali zginą. Misja siedmiorga obcych dla siebie osób jest niezwykle ważna, gdyż tylko Chyżwar jest w stanie powstrzymać inwazję Intruzów — potomków ludzi, którzy wyruszyli dawno temu w przestrzeń kosmiczną, a teraz wracają i ich zamiary są zdecydowanie odmienne od pokojowych…

 

Fabuła Hyperiona oparta jest na podróży wyżej wymienionych bohaterów, ale wędrówka ta jest jedynie tłem dla historii opowiadanych przez pielgrzymów. Wraz ze zbliżaniem się do Grobowców Czasu poznajemy stopniowo życie uczestników wędrówki i przyczyny, dla których właśnie te konkretne osoby wytypowane zostały do tego niebezpiecznego zadania. Dzięki temu zabiegowi możemy zobaczyć, jak bardzo wielowymiarowy (dosłownie i w przenośni) jest świat wykreowany przez Simmonsa. Postacie są złożone i niejednoznaczne, dzięki czemu cała historia nabiera głębi, i tak naprawdę do końca nie wiadomo, po której stronie barykady stoi każdy z pielgrzymów. Sam Hyperion i Chyżwar do przez cały czas pozostają zagadką, do rozwiązania której zbliżamy się tylko na tyle, na ile pozwala nam autor. Niejednokrotnie podczas lektury miałam przeczucie, że wiem jak całość się zakończy, ale wystarczyło przeczytać kilka stron więcej i okazywało się, że nic nie jest tak proste, jak by się wydawało.

 

Książka ta jest pozycją bardzo specyficzną i choć stanowi ona świetny przykład literatury SF, to zawiera w sobie dużo więcej niż swobodną wariację na temat tego, jak może wyglądać nasz świat w odległej przyszłości. Owszem, mamy tutaj nad wyraz rozwiniętą technikę, mamy podróże między planetami trwające tyle, co mrugnięcie okiem, Sztuczną Inteligencję będącą nieodłącznym elementem istnienia całej Hegemonii, mamy w końcu wizję tego, jak destrukcyjny może być postęp technologiczny. Ale przede wszystkim Hyperion opowiada o tym, jak bardzo zaskakujące i okrutne potrafi być życie, oraz o tym, że pragnienie zemsty jednego człowieka potrafi przyczynić się do zachwiania całym wszechświatem.

 

W dobie mnożących się jak grzyby po deszczu pozycji pseudo-fantastycznych warto jest uważniej rozejrzeć się w bibliotece i poświęcić trochę więcej uwagi książkom powstałym w czasach, gdy fantastykę tworzono dla idei, a nie dlatego, że jest popularna. Dzięki temu, zamiast książki napisanej „pod publikę”, mamy do czynienia z książką napisaną „dla ludzi”. Napisaną po to, by skłonić do refleksji, czasem wzruszyć, a czasem oburzyć. Nie są to jednak tanie emocje, a wizje Simmonsa potrafią przerazić swoją aktualnością i prawdopodobnością.

 

Hyperiona mogę z całą odpowiedzialnością polecić nawet tym, którzy z literaturą SF nie mieli do tej pory zbyt wiele do czynienia. Simmons daje nam historię może nie prostą, ale za to piękną i głęboką; zgrabnie splata ze sobą wątki czysto techniczne z tymi nam bliskimi, ze sferą uczuciową i moralną. I przede wszystkim, po lekturze Hyperiona człowiek z żalem rozstaje się z tym niebanalnym uniwersum. Podobnie jak Diuna Herberta, tak i Hyperion Simmonsa powinien znaleźć się w biblioteczce każdego czytelnika, mianującego się fanem fantastyki.
Źródło materiału: http://www.literatura.unreal-fantasy.pl/788/a/hyperion.html

"Oscar Pill i Zakon Medykusów" Eli Anderson

Oskar Pill i Zakon Medykusów - Eli Anderson

 

Oscar Pill i Zakon Medykusów to książka skierowana do młodzieży, napisana przez posługującego się pseudonimem Eli Anderson paryskiego lekarza. Eli, urodzony w roku 1967, zanim zajął się pisaniem książek dla dzieci, przez wiele lat praktykował jako psychiatra i onkolog dziecięcy. To właśnie jego mali pacjenci poprzez rysunki przedstawiające ich wyobrażenie choroby zainspirowali Andersona do opisania przygód Oscara Pilla. Cykl przetłumaczono na angielski, włoski, grecki, węgierski, koreański i turecki, a prawa do ekranizacji pierwszego tomu Oscar Pill i Zakon Medykusów wykupiła wytwórnia Warner Bros. Rzadko zwracam uwagę na to, kim jest czy też kim był autor czytanej przeze mnie książki. W tej pozycji jednak dwa fakty: doświadczenie Andersona w pracy z malcami oraz doktorat dotyczący znaczenia psychologii w leczeniu dzieci nadały ton całej historii. 

Powieść otwiera opis ucieczki z więzienia groźnego przestępcy. By wydostać się z najbardziej strzeżonej celi w iście morderczy sposób wykorzystuje... sardynkę. Po tej makabrycznej, ale przede wszystkim nieco dziwnej scenie, przenosimy się do Pleasantville. Tam właśnie poznajemy Oscara. 
 
Oscar jest rudowłosym dwunastolatkiem, który prócz nieco krnąbrnego charakteru nie wyróżnia się niczym specjalnym. Mieszka w najuboższej dzielnicy miasta ze starszą o rok siostrą Violette i kochającą, choć chaotyczną matką Celią. Pewnego dnia zwykła bójka na szkolnym boisku i wypadek Violette ujawniają niecodzienne zdolności chłopca - potrafi on samym tylko dotknięciem uleczyć wszelkie rany powierzchowne typu: skaleczenia, otarcia i guzy. Niedługo po tych zdarzeniach w drzwiach jego życiu pojawia się tajemnicza kobieta, twierdząca że Oscarowi grozi wielkie niebezpieczeństwo ze strony człowieka, który zabił jego ojca. Wyjaśnia mu też, skąd się wzięły jego zdolności: rudy chłopiec należy bowiem do Medykusów - lekarzy, którzy uzdrawiają, wnikając do wnętrza ludzkiego organizmu. Przed Oscarem pojawia się szansa profesjonalnego szkolenia i poznania świata, w którym żył jego ojciec. Od tego momentu dla chłopca zaczyna się pełna wrażeń, magii i (jakże by inaczej...) niebezpieczeństw wędrówka po nie tylko ludzkich organizmach, walka z własną przekorą i - co najważniejsze - droga do tego, by dorównać nieżyjącemu ojcu. 

Książkę Andersona można określić krótko: to wszystko już było.

 

 Mamy młodego chłopca, który w wieku dwunastu lat dowiaduje się, że jego ojciec nie zginął w wypadku, ale został zamordowany przez (uwaga!) Czarnego Księcia. Książę ten wraca po latach bezczynności i postanawia ze swoimi podwładnymi zawładnąć światem. Co więcej, zemsta ma się skupić właśnie na bogu ducha winnemu Oscarze. Czyż nie jest to boleśnie znajome? Jakoś nie wierzę, że będąc psychologiem dziecięcym pan Anderson nie słyszał o Harrym Potterze i tak sobie wpadł na niemal identyczny pomysł, co J.K. Rowling. Nawet w dalszej części książki, gdy do Oscara dołączają towarzysze, to są oni połączeniem cech Rona i Hermiony. Czy tak jak obecnie historia o wampirach musi opierać się na pewnych ogranych do bólu konwencjach, tak też w powieści skierowanej do młodszej młodzieży muszą być: „ten zły”, dzieciak, którego zły chce zabić, jeden bystrzak, jeden urodzony biznesmen w wieku szkolnym, jeden klasowy zabijaka dręczący głównego bohatera i jedna oderwana od rzeczywistości dziewczynka? Czy w końcu nauka młodego adepta sztuki Medykusów musi być zakłócana przez definitywnie czarny charakter, który mimo podłości wypisanej na twarzy cieszy się zaufaniem przewodniczącego Medykusów? Możecie mi wierzyć, że takich „perełek” znajdzie się w tej historii jeszcze kilka. 

Następnie - czy pamiętacie może kreskówkę (de facto, również produkcji francuskiej) Było sobie życie? Ja oglądałam ją namiętnie jako mały szkrab i dlatego gdy zaczęłam czytać o tym, jak wygląda według Andersona budowa ludzkiego organizmu, to prawie z spadłam z dywanu na podłogę. Eli bowiem przedstawia wnętrze organizmu jako wielką fabrykę, w której poszczególne ważne komórki są niczym innym jak malutkimi ludzikami wykonującymi swoją pracę. Jest tu oczywiście wiele nowych elementów, często bardzo ciekawych i nowatorskich, jednak sam zarys to po prostu żywcem przekalkowane dzieło pana Alberta Barille, twórcy Było sobie życie

Na szczęście w fabule znajdziemy mnóstwo całkowicie autorskich pomysłów. Mało kto przecież wpadłby na to, by zebranie najwyższej rady Medykusów urządzić w żołądku kanarka, zapełnić ogród posiadającymi własną świadomość roślinami czy umieścić w bibliotece fotele potrafiące mocno kopnąć w kostkę każdego, kto nie stosuje się do zaleceń pana domu. Na uwagę zasługuje tutaj też cała „magiczna” otoczka, której podstawą jest zdolność Medykusów do umieszczania swej duszy w przedmiotach. Dzięki temu posągi, fotele i książki są osobnymi i często nieprzewidywalnymi towarzyszami naszego młodego bohatera. Bardzo spodobał mi się motyw książek zamieszkanych przez ich autorów oraz to, że autorzy ci sami decydują o tym, kto ich książkę może przeczytać. Wyobraźcie sobie, że czytacie Władcę Pierścieni, a sam Tolkien zwraca wam uwagę, byście nie zaginali rogów - bajeczna sprawa. :) 

Na wstępie recenzji zaznaczyłam, że doświadczenie zawodowe autora zdeterminowało całą książkę. Najbardziej widoczne jest to w dwóch aspektach: po pierwsze: Eli Anderson bardzo niewiele pozostawia w sferze domysłów. Jakiekolwiek nowinki „medyczne”, mechanika działania samych Medykusów, a nawet emocje poszczególnych bohaterów opisane są bardzo drobiazgowo i dokładnie, niemal wszystko nazwane jest tu po imieniu. I o ile z jednej strony to dobre posunięcie, które może młodego człowieka nauczyć tego, jak nazywać swoje uczucia, to z drugiej strony nie pozostaje nam tu wiele miejsca na refleksję. 

Po drugie natomiast rzeczą niezwykle irytującą były dla mnie rozmowy i przemyślenia bohaterów. Przepełnione dobrocią, moralizatorskim tonem i mądrościami w stylu Paulo Coelho czyniły wszystkie postacie boleśnie nierealnymi. Wydaje mi się, że autor najzwyczajniej w świecie przedobrzył. Chciał w swej powieści przybliżyć nie tylko sposób funkcjonowania ludzkiego organizmu, ale także właściwe wzorce postępowania. I zawarł to wszystko, jednak nadmiar psychologicznego gadania sprawia, że miejscami lektura jest ciężka do strawienia. 

Czy poleciłabym komuś Oscara Pilla...
Tak, ale jedynie naprawdę młodym czytelnikom, którzy lubią łączyć zdobywanie wiedzy z przygodami potteropodobnych młokosów. 
Czy sięgnę po kolejny tom przygód młodego Medykusa? 
Z pewnością. Nie lubię niedokończonych historii, a poza tym jestem ciekawa, czy panu Andersonowi uda się mnie czymś zaskoczyć.


 
Moja ocena: 2/6


Recenzja napisana dla portalu:
 
Źródło materiału: http://adanbareth.blogspot.com/2011/11/oscar-pill-i-zakon-medykusow-eli.html

Pierwszy S.T.A.L.K.E.R made id Poland

Ołowiany świt -
Tytuł: Ołowiany świt
Autor: Michał Gołkowski
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Data wydania: 26.04.2013
Ilość stron: 432
Moja ocena: 4/6
26 kwietnia 1986 roku doszło do największej w dziejach elektrowni jądrowych katastrofy. Z czarnobylskiej elektrowni atomowej doszło do bezpośredniej emisji chmury pierwiastków promieniotwórczych. Wypadek ten ściągnął uwagę całego świata na to małe, bo zaledwie piętnastotysięczne ukraińskie miasteczko, a echa owej katastrofy obiegły cały świat. Echa owe miały i mają dwojaki wydźwięk. Do dziś toczy się dyskusja na temat zasięgu i skutków promieniowania, z jednej strony wszelkie pogłoski o długofalowych negatywnych efektach awarii są albo negowane, albo wyolbrzymiane, w zależności od tego, kto prezentuje wyniki badań (czyli, jak łatwo się domyśleć: ruchy antynuklearne przytaczają przykłady zdeformowanych i martwych urodzeń, a przedstawiciele energetyki jądrowej wskazują na badania twierdzące coś zupełnie innego). Jakkolwiek jednak temat Czarnobyla poruszany jest nie tylko w kwestiach związanych z ekonomią i polityką, gdyż istnieje jeszcze inna grupa żywo zainteresowana katastrofą i jej skutkami. Jak powszechnie wiadomo, wielkie tragedie poruszają ludzką wyobraźnię.


Nie inaczej jest i tym razem: trzydziestokilometrowa „Zona”, strefa zamknięta wokół terenów najbardziej dotkniętych podczas katastrofy doczekała się serii gier, których akcja dzieje się właśnie tam, w czasach nam współczesnych. Seria ta, znana pod nazwą S.T.A.L.K.E.R., inspirowana była wydarzeniami w Czarnobylu i Piknikiem na skraju drogi Strugackich. Doczekała się nie tylko rzeszy fanów, ale też swego literackiego przedłużenia w postaci książek sygnowanych logiem S.T.A.L.K.E.R. i, cieszących się dużym powodzeniem w krajach rosyjskojęzycznych. Do niedawna w Polsce nie mieliśmy możliwości bezpośredniego zapoznania się z tym uniwersum, ale dzięki pasjonatom z forum.stalker.pl i wydawnictwu Fabryka Słów, w dzień rocznicy pierwszej Czarnobylskiej emisji Polska zyskała Ołowiany Świt, pierwszą książkę nie tylko wpisującą się w realia S.T.A.L.K.E.R.a, ale też posiadającą swoiste błogosławieństwo rosyjskich kolegów po fachu. Skoro już wiemy, skąd sam pomysł na powieść, warto skupić się na tym, jak dana pozycja się prezentuje.

 

Po pierwsze należy zaznaczyć, że choć znajomość gier z uniwersum S.T.A.L.K.E.R.a może być przydatna podczas czytania Ołowianego Świtu, tak nie jest ona niezbędna do zrozumienia książki jako całości. Oto mamy stalkera: człowieka, którego sensem życia jest przetrwanie w Zonie i szukanie artefaktów: przedmiotów powstałych na skutek promieniowania i anomalii, będących z kolei wynikiem kolejnych, niespodziewanych Emisji z Czarnobylskiego reaktora. Czym do końca są Emisje i anomalie: trudno stwierdzić jednoznacznie. Wiemy jedynie, że te pierwsze mają w sobie coś z eskalacji promieniowania, okraszonego dość spektakularnymi efektami przywodzącymi na myśl najlepsze filmy katastroficzne. Mówiąc krótko: Emisje rozpętują istne piekło na ziemi, ale ich efektem są właśnie anomalie i artefakty. Anomalie zaś to po części znane z Pikniku na skraju drogi znaleziska, o nie zawsze do końca sprecyzowanym działaniu (niektóre pomagają przy zranieniach, inne leczą ze zbyt wielkiego napromieniowania), ale za to zawsze cieszące się dużym wzięciem wśród ludzi spoza strefy. I właśnie to zainteresowanie ludzi z Dużej Ziemi jest motorem napędzającym działanie stalkerów, w tym naszego bohatera zwanego obecnie Misiem lub Miszką, a kiedyś znanego wśród rosyjskojęzycznych znajomych pod pseudonimem będącym jednym z najczęściej używanych przez Polaków wulgaryzmem.

 

Miś jest dość tajemniczym człowiekiem: choć towarzyszymy mu podczas wypraw do Zony i śledzimy niemal każdy ruch (co możliwe jest dzięki pierwszoosobowej narracji i dokładnym opisom działań), to o jego przeszłości wiemy niewiele. Tylko to, że jest obecnie jedynym Polakiem wśród penetrujących Zonę śmiałków i to, że jak towarzyszy Rosjan darzy szacunkiem, tak za żadne skarby nie potrafi i nie chce przyswoić rosyjskiego w stopniu większym, niż taki pozwalający na podstawową komunikację. Miszka wędruje po Zonie i wypatrując artefaktów, szuka również odpowiedzi na pytanie: co tak naprawdę dzieje się w zamkniętej strefie i co się w niej działo przed drugą Emisją, po której anomalie i występowanie złowrogich mutantów przybrały na sile. Informacje na temat aktualnego stanu rzeczy wydzielane są czytelnikowi (jak i głównemu bohaterowi) bardzo skąpo i wiele rzeczy ciągle pozostaje w sferze domysłów, ale faktem jest, że domysły owe nie napawają człowieka optymizmem.

 

Ołowiany Świt jest książką, którą czyta się szybko i dość przyjemnie, o ile tylko człowiek przyzwyczai się do pewnej maniery, znajdującej de facto wyjaśnienie w genezie powstania powieści. Rzeczą, która razi i chwilami wręcz nuży podczas lektury, jest sposób prowadzenia narracji. Jak pierwszoosobowy narrator jest jeszcze znośny, tak widać tutaj wyraźną próbę przełożenia świata gry na karty książki. Opisy działań Miszki są niczym innym jak objaśnieniami kolejnych etapów wykonywania misji podczas rozgrywki. Chwilami zbyt szczegółowo relacjonowane są kolejne kroki bohatera i podczas czytania odnosi się wrażenie jakbyśmy wertowali solucję do którejś odsłony komputerowego S.T.A.L.K.E.R.a Jest to podobne odczucie do tego, jakiego doznać można podczas lektury niektórych powieści fantasy, będących ścisłym przeniesieniem sesji gier RPG na karty książki. Gdy jednak czytelnik przyzwyczai się bądź też, po prostu „przestawi” na takie prowadzenie historii, to nagle coś, co irytuje, schodzi na drugi plan, a na pierwszy wysuwa się tajemnica Zony.

 

W sieci krążą tysiące historii tworzonych przez fanów kultowych gier czy powieści. Zazwyczaj prezentują one niski poziom, zarówno pod względem stylistycznym, jak i fabularnym. Ołowiany Świt jest przyjemnym, choć niepozbawionym zgrzytów debiutem pasjonata, którego zamiłowanie niekiedy zbytnio przebija się ponad warstwę literacką. Jednakże historia Misia potrafi zaciekawić, a tajemnica Zony zafascynować. Byłoby miło, gdyby w naszym kraju wydano rosyjskojęzyczne odsłony S.T.A.L.K.E.R.a, zarówno ku uciesze fanów gry, jak i chętnych głębszego poznania Zony.

 

Recenzja napisana dla portalu:
Za udostępnienie książki do recenzji dziękuję wydawnictwu
Źródło materiału: http://adanbareth.blogspot.com/2013/04/przedpremierowo-dla-fantasty-oowiany.html

Śląscy Blogerzy Książkowi: integracja :)


06.07.2013. Sobota. Dzień niby zwyczajny, poświęcany na sprzątanie, zakupy i pranie ( w dowolnej kolejności), swoiste przygotowanie do niedzieli, podczas której jedynie odkurzam, zmywam podłogi i słodko leniuchuję. Ale nie tym razem! Ta sobota była wyjątkowa, gdyż w końcu udało mi się stawić na spotkanie Śląskich Blogerów Książkowych. Dla większości osób była to już trzecia okazja do luźnych pogaduszek przy kawie, dla mnie niestety dopiero pierwsza. Piszę „niestety”, bo zwyczajnie żałuję swej nieobecności podczas dwóch pierwszych spotkań. Ale, jak to mawiają najstarsi górale, „lepiej późno niż później”, udało mi się zatrudnić swego osobistego szofera i dojechać do Gliwic. A tam, drodzy moi czytelnicy, działo się wiele.


Po pierwsze, udało nam się (nam, czyli ŚBK), dograć kolejne szczegóły związane z blogerskimi panelami na tegorocznych Targach Książki w Katowicach. Ponieważ dziewczęta z grupy już zdradziły nasz sekret, i ja podzielę się dobrą nowiną: w tym roku w Katowicach nasza grupa będzie odpowiedzialna za kilka ciekawych paneli dyskusyjnych, związanych (a jakżeby inaczej!) z książkowym blogowaniem. Dzięki wizycie Moniki Badowskiej szybko i sprawnie rozwiałyśmy pewne wątpliwości, jak i uzyskałyśmy kilka nader istotnych informacji. Szkoda, że Monika musiała szybko uciekać, nim się oswoiłam z sytuacją i rozgadałam na dobre ona już opuściła nasze spotkanie, ale liczę na dłuższą dyskusję za miesiąc.

 

Przyznam szczerze, że była lekko zamotana: choć dziewczyny ( i rodzynka) kojarzę zarówno z blogów, jak i profilów na facebooku, to przez pół spotkania nie do końca wiedziałam, z kim rozmawiam (prócz Isadory i Sardegny). Owszem, każdy się z każdym witał, każdy niby każdego znał, ale wiecie… ja bardziej orientuję się w zakochanych w fantastyce niż w ogólnie zakochanych w literaturze. Tym bardziej więc takie spotkanie było mi potrzebne: warto było połączyć twarze z wypowiedziami w grupie (czy wpisami na blogu), i może w końcu zapamiętać „kto jest kto”. Po powrocie do domu włączyłam Internet i zaczęłam przeglądać profile dziewcząt tylko po to, by wiedzieć, z kim się spotkałam. Ale nie przejmujcie się, wy moje drogie Śląskie blogIery. Ja do twarzy pamięci nie mam, w mojej obecnej pracy z 20 dziewcząt znam imiona jedynie pięciu (a pracuję już prawie miesiąc) :D.

 

Jakie są moje wrażenia z spotkania: nader pozytywne. Znów zobaczyłam Isadorę, (dobrego ducha pewnego starego babskiego forum, dzięki któremu się poznałyśmy wiele lat temu), posłuchałam o zawalonych książkami domostwach, wymieniliśmy się z „Śląskimi…” pomysłami na kolejne posty tematyczne, wypiliśmy po wolnej kawie (dlaczego wolnej? Zamówiliśmy 8 kaw. Nim dotarła ostatnia ja swoją miałam już dawno wypitą, a ja nie pijam gorącej kawy, tylko ledwo letnią…). Dziewczęta (nie wiem czy rodzynek coś zamawiał, zbyt szybko uciekłam) zamówiły coś do jedzenia, ja się powstrzymałam, bo niestety obradowaliśmy w knajpie wegetariańskiej, a takie pożywienie nie jest dla mnie dobrą opcją obiadową. Nie jestem w stanie najeść się czymś, co nie ma w sobie czegoś ze zwierzaka. Ot, taki ze mnie mięsożerca. 

 

Jedno wiem na pewno: za miesiąc, gdy znów ŚBK się spotka, pojadę pociągiem. Jak mi się Śląsk podoba, tak nasze drogi to totalna porażka. Trzy razy niemal padłam na zawał, gdy samochód uderzył podwoziem o kocie łby w Zabrzu. To musi być jakiś układ: niedaleko od koszmarnego fragmentu drogi znajduje się stacja diagnostyczna. Rączka rączkę myje, rączka rączce napycha portfel. Mam też nadzieję, że w sierpniu odwiedzimy inne miejsce: okazji do wyjścia z domu mam niewiele, fajnie by było zobaczyć coś nowego.

 

Cieszę się, że udało się nam spotkać, już nie mogę się doczekać następnego blogerskiego zlotu, podczas którego w końcu nagadam się do syta :) Jeśli jesteś ze Śląska, prowadzisz blog poświęcony literaturze, to napisz do nas maila na adres silesiabook@onet.pl. Im nas więcej, tym lepiej. A jeśli chcesz po prostu śledzić nasze poczynania, to zapraszam do polubienia facebookowej strony Śląskich Blogerów Książkowych.

 

Na sam koniec kilka zdjęć, które pozwoliłam sobie podkraść z relacji pozostałych uczestników spotkania:

 

All the books getting turned into movies & TV shows over the next year

Reblogowane od Dawid Piaskowski:

Quite a lot of them, so let's start!

 

Carrie

Author: Stephen King

Release Date: October 18th, 2013

*<

dalej
Źródło materiału: http://io9.com/all-the-books-getting-turned-into-movies-tv-shows-ove-671133694

Wielka jest moc króciaków...

SZORTAL FICTION - Jewgienij T. Olejniczak, Rafał W. Orkan, Romuald Pawlak, Piotr Górski, Michał Cetnarowski, Jacek M. Rostocki, Ela Graf, Adam Mrozek, Tomasz Lewgowd, Rafał Januszkiewicz, Łukasz Andrzejowski, Joanna Patyk, Anna Klimasara, Marek Adamkiewicz, Marcin Zdebski, Aleksander Kus
Tytuł: Szortal Fiction
Autor: antologia
Wydawnictwo: Solaris
Data wydania: 20.03.2013
Ilość stron: 364
Moja ocena: 5/6

 

<!--[if gte mso 9]> Normal 0 21 false false false PL X-NONE X-NONE <![endif]--><!--[if gte mso 9]> <![endif]--><!--[if gte mso 10]> /* Style Definitions */ table.MsoNormalTable {mso-style-name:Standardowy; mso-tstyle-rowband-size:0; mso-tstyle-colband-size:0; mso-style-noshow:yes; mso-style-priority:99; mso-style-qformat:yes; mso-style-parent:""; mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt; mso-para-margin-top:0cm; mso-para-margin-right:0cm; mso-para-margin-bottom:10.0pt; mso-para-margin-left:0cm; line-height:115%; mso-pagination:widow-orphan; font-size:11.0pt; font-family:"Calibri","sans-serif"; mso-ascii-font-family:Calibri; mso-ascii-theme-font:minor-latin; mso-fareast-font-family:"Times New Roman"; mso-fareast-theme-font:minor-fareast; mso-hansi-font-family:Calibri; mso-hansi-theme-font:minor-latin;} <![endif]-->
Lubię wszelakie antologie: czy te podsumowujące twórczość ulubionego autora, czy te zawierające perełki preferowanego gatunku. Mają one w sobie coś, co cenię najbardziej: pozwalają na szersze spojrzenie na dany temat czy twórcę, jednocześnie pozostawiając uczucie niedosytu, prowokując do sięgnięcia po inne, powiązane dzieła. Antologie bywają jednak różne: jedne pochłania się błyskawicznie i równie błyskawicznie się o nich zapomina, jakby opowiadania w nich zawarte pisane były na akord, po to, by tylko zapełnić określoną odgórnie ilość stron. Z kolei inne zbiory charakteryzują się wyższym poziomem trudności, teksty w nich zawarte wymagają od czytelnika zaangażowania, niejednokrotnego zatrzymania się i ponownego przeczytania akapitu choćby po to, by w pełni zrozumieć pointę. Oba rodzaje antologii zapewne dane wam było czytać, macie swoje ulubione gatunki i autorów, ale tym razem chcę zaprezentować wam zbiór, jakiego w naszym kraju jeszcze nie było, który wyróżnia się niemal pod każdym względem. Oto przed wami Szortal Fiction, antologia, której sam spis treści zajmuje dziewięć (tak, dziewięć!) stron, a to dopiero początek…

 

Dawno temu, w czasach niemal prehistorycznych (czyli gdzieś w 2007 roku), na forum „Science Fiction, Fantasy i Horror” rozpoczęto pewną nietypową zabawę. Polegała ona na tym, że chętni użytkownicy pisali opowiadanie na z góry określony temat, tekst publikowany był anonimowo na forum, pozostali użytkownicy głosowali na najlepszy, a zwycięzca podawał temat kolejnej edycji. Głównym ograniczeniem była długość historii: objętość tekstu nie mogła przekraczać 3500 znaków. Dla osoby postronnej wymóg ten wydaje się dość śmieszny, ileż bowiem treści można zmieścić w tak krótkiej formie, w końcu sam wstęp tej recenzji to trzecia część standardowego szorta! Okazuje się jednak, że w tym szaleństwie tkwi metoda, a szorty same w sobie mają moc, jakiej często brakuje bardziej rozbudowanym opowiadaniom. Powiedziałabym nawet, że moc owa ma trzy stabilne filary, są nimi: forma-pomysł-treść, a wszystkie one dryfują po wszechświecie na grzbiecie wielkiego żółwia zwanego POINTĄ.
 
Zacznijmy od pozornie najprostszego. Forma. Zawsze ta sama: krótki tekst, określona ilość znaków. Nie trzeba kombinować, rozwlekać niepotrzebnie opowiadania, dodawać zbytecznych wątków czy dłużących się opisów. Z drugiej strony: nie lada wyzwanie, zwłaszcza, gdy pomysł kołacze się w głowie i pragnie zagarnąć jak najwięcej literek. Ale i Pomysł to nie taka prosta sprawa. Niby temat szorta mamy narzucony, taki „Labirynt” czy „Rywalizacja”, ale co, gdy tematem jest „Tam skradają się boboki’…? Jak ogarnąć kłębiące się w głowie ewentualności, jak przekuć je w skondensowaną treść? Treść. Musi być zwarta, musi w tych kilku tysiącach znaków przekazać czytelnikowi wiele, niejednokrotnie całe uniwersum poruszone wydawałoby się bzdurnym tematem. Treść nie może sobie pozwolić na dygresje, wspominki z dzieciństwa i patetyczne opisy zachodów słońca obserwowanych przez okno sklepiku „Sprzedawcy na Saturnie”. Treść ma jedno zasadnicze zadanie: odpowiednio przygotować nas do bogini szortów, czyli wszechmocnej POINTY. Bez niej short nie istnieje, nie ma szans na przebicie się przez inne teksty. POINTY bywają różne, zdecydowanie najlepsze są w Szortal Fiction dwa ich rodzaje: te do bólu poważne i te, które niemal bezczelnie puszczają oko do czytelnika. Choć wielkie trio F-P-T jest niezbędne do stworzenia przepisowego szortalowego tekstu, tak bez POINTY żaden, nawet najlepiej wymyślony szort nie ma racji bytu. Co najzabawniejsze: jakkolwiek zakończenia opowiadań zawartych w Szortal Fiction decydują o wartości poszczególnych szortów, tak bez wcześniej wymienionych trzech filarów żadne z nich by nie powstało.
 
Możecie twierdzić, że przecież każdy tekst literacki opiera się wymienionych elementach. I będziecie mieć rację, nigdzie jednak do tej pory nie spotkałam tak klarownych układów tekstu, jakie są w szortalowych tekstach. Obawiacie się, że 165 tekstów pisanych według pewnego wzorca okazać się może lekturą nudną? Zdecydowanie zaprzeczam! Mimo sztywnych ram determinujących każde opowiadanie, za każdym razem otrzymujemy coś innego, ciekawego i niejednokrotnie zaskakującego, a to przede wszystkim dlatego, że Szortal Fiction ma jeszcze jedną, niemożliwą do przeoczenia zaletę. Zawarto w nim teksty ponad sześćdziesięciu różnych autorów, a każdy z zaprezentowanych utworów stanowi wrota do innego świata. Każdy z nich to Pomysł, który z powodzeniem mógłby zostać rozwinięty do niezłej powieści. Aż chce się człowiekowi zastanowić nad możliwymi kontynuacjami.
 
Oczywiście nie każdy szort przypadnie Wam do gustu. Podobnie było ze mną: niektóre szybko uleciały z mej pamięci, a ratowanie się tytułami przyniosło bardziej „aha, to było o tym” niż „to było prawdziwie smakowite”. Tego typu odczuć nie da się uniknąć w żadnej antologii i przyjmuję to raczej jako odmienność gustów niż miałką jakość opowiadania. Jakkolwiek wyświechtane byłoby to twierdzenie, tak zapewniam: w Szortal Fiction każdy miłośnik krótkiej formy znajdzie coś dla siebie. I nostalgię, i humor, i okrucieństwo, i niepewność. Wielość światów, pomysłów… Człowiek po prostu czyta, przerzuca stronę za stroną i uśmiecha się do myśli o tym, jak kreatywni potrafią być ludzie, których nazwisk nie znamy z wszechobecnych plebiscytów czy zapowiedzi książkowych. Kto wie, może dzięki tej pozycji za jakiś czas rodzima fantastyka zyska  kilku nowych i wartych uwagi powieściopisarzy(a może nawet nie zyska, co w końcu jakieś wydawnictwo ich wyda)? Tego życzę sobie i wam, a i za kolejny tom szortalowego zbioru bym się nie obraziła. Mówiąc krótko: fajne to było!

 

Źródło materiału: http://adanbareth.blogspot.com/2013/04/szortal-fiction-antologia.html